BAZA WIEDZY BLOG EMOCJE & WSPARCIE

Dlaczego musimy dokumentować i publikować codzienność swoich dzieci w sposób odzierający z godności?

Dzisiaj będzie o wyjątkowo brutalnej cenie proszenia o pomoc.

Wyobraź sobie, że żeby otrzymać wsparcie – musisz najpierw wystawić swoje dziecko na widok publiczny. Pokazać jego łzy. Pokazać, jak cierpi. Pokazać, jak wygląda po ataku, po operacji, w trakcie karmienia przez PEG-a, podczas bolesnej rehabilitacji. Opowiedzieć jego historię w taki sposób, by poruszyć kogoś na tyle, żeby kliknął “wpłać”.

A teraz wyobraź sobie, że nie masz wyjścia. Musisz i koniec kropka. 

Bo to właśnie my, rodzice dzieci z niepełnosprawnościami – często stajemy przed takim wyborem. Właściwie: przed jego brakiem.

Gdy godność dziecka staje się “strategią komunikacji”…

Dla wielu rodzin wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami zbiórki publiczne, wpłaty z 1,5% podatku, czy wsparcie darczyńców – są jedyną realną formą uzyskania pomocy finansowej. Państwowy system wsparcia jest niewydolny, długotrwały, pełen barier i ograniczeń. Leczenie, rehabilitacja, turnusy, opieka – to bardzo często dziesiątki, jeśli nie setki, tysięcy złotych rocznie.

Ale żeby te środki zdobyć, musimy opowiedzieć światu historię. I bardzo często musi to być historia… dramatyczna. Nie wystarczy fakt, że dziecko ma poważną chorobę, liczne diagnozy, że nie chodzi, nie mówi, że wymaga 24-godzinnej opieki. Musimy to „pokazać” – najlepiej tak, żeby “ruszyło serce”.

Platformy zbiórkowe, agencje marketingowe, a nawet niektóre organizacje pomagające w organizowaniu zbiórek – często sugerują rodzicom:

Pokaż zdjęcia z ataku padaczki.

Zrób wideo z rehabilitacji – najlepiej, jak dziecko płacze.

Dodaj dramatyczne nagłówki: “serce przestało bić trzy razy”.

Napisz, że bez tych pieniędzy dziecko umrze. Ludzie muszą poczuć wagę sprawy.

W oczach wielu – to nie manipulacja. To strategia skuteczna komunikacyjnie. Tylko że za tą “strategią” stoi dziecko. Człowiek. Osoba z historią, prywatnością i godnością, które w tym modelu – stają się środkiem do celu.

To codzienność, która “nie wystarcza”

Rodziny OzN żyją w permanentnym napięciu. Żyją w ciągłym trybie “walcz o wszystko”. Ale społeczeństwo często nie widzi tej walki, jeśli nie jest spektakularna. Dziecko się uśmiecha? To znaczy, że “nie cierpi aż tak”. Dziecko ma kolorowe ubrania, nie jest wychudzone, ma zabawkę w ręce? To znaczy, że “chyba nie potrzebuje wsparcia”. Rodzic jest uczesany, opanowany, używa trudniejszych słów? To znaczy, że “daje sobie radę”.

Wciąż słyszymy:

Nie wygląda na chore.

Wydaje mi się, że naciągacie.

Dziecko chore, a wy na wakacjach?

Czemu zbieracie, skoro ma nowy wózek?

To są realne głosy. Słowa, które wyznaczają granice empatii. Bo dramat to jedyna waluta, która się liczy. I im więcej tej waluty – tym większa szansa na wsparcie. Nagle “niepełnosprawność” to za mało. Trzeba ją pokazać, unaocznić, wręcz udowodnić.

Wizerunek, który zostaje na zawsze…

W tym wszystkim zapominamy o jednym: dziecko rośnie. A internet nie zapomina.

Wszystkie te zdjęcia. Te z oddziałów neurologii, z momentów napadów, z intymnych momentów opieki – zostają. Czasem z imieniem i nazwiskiem. Czasem z datą urodzenia. Czasem z pełną historią medyczną.

To wszystko zostaje na Facebooku, w Google, na stronach zbiórek, które nigdy nie znikają.

Zostaje do chwili, gdy dziecko stanie się nastolatkiem. Dorosłym. Studentem. Pracownikiem. Partnerem. Rodzicem. Czy naprawdę chcemy, by ich tożsamość już na zawsze była utożsamiana z obrazem cierpienia i choroby? Czy o zgodę na publikację pytaliśmy osoby, których to dotyczy? Czy mamy moralne prawo pokazywać momenty ich największej bezbronności – tylko dlatego, że teraz nie mogą się sprzeciwić?

Mamy system, który wymusza dramatyzm

Ten problem nie dotyczy tylko rodziców. On leży głęboko w strukturach.

  • W mediach, które nagłaśniają tylko to, co spektakularne.
  • W algorytmach, które premiują emocje, clickbait, skrajności.
  • W instytucjach, które nie dają wystarczającego wsparcia, przez co rodzice są zmuszeni prosić publicznie.
  • W organizacjach, które uczą, jak pisać “poruszające apele”, ale nie uczą, jak chronić godność.
  • W społeczeństwie, które reaguje tylko wtedy, gdy coś “mocno uderza”.

To nie my wymyśliliśmy te zasady. My się do nich dostosowaliśmy – bo nie mieliśmy wyjścia. Ale to nie znaczy, że chcemy w nich trwać.

Chcemy innego świata!

Chcemy świata, w którym wsparcie nie wymaga publicznego odsłonięcia cierpienia. Chcemy świata, w którym pomoc nie zależy od tego, czy ktoś potrafi napisać “lepiej sprzedającą się” historię. Chcemy świata, w którym organizacje i instytucje wspierają nas bez warunku: pokaż więcej bólu.

Chcemy móc mówić o trudach. Bo one są prawdziwe – ale z godnością. Chcemy móc pokazywać nasze dzieci takimi, jakie są: pełne wyzwań, ale też życia, uczuć, osobowości. Chcemy być traktowani poważnie, nawet jeśli nasze zdjęcia nie łamią serc.

Chcemy zmiany kultury komunikacji wokół niepełnosprawności – z pełnej litości, na pełną szacunku i uważności.

1 komentarz

  1. Święta racja. Niedawno w Holandii widziałam reklamę organizacji zbierającej środki na leczenie dzieci – pokazywało je przez pryzmat zdrowych dorosłych, którymi mają szansę się stać. Mała zmiana, a zupełnie inny klimat. Kiedyś podobny problem był ze zdjęciami dzieci z Afryki – w odpowiedzi powstał specjalny Kodeks w sprawie takich obrazów. Może tu też przydałaby się nieformalna umowa m.orgamozacjami zbierającymi pieniądze co do ilustracji zbiórek?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz również polubić