Są takie dni, kiedy włączasz transmisję z Sejmu tylko “na chwilę”. Tylko żeby rzucić okiem. Tylko żeby mieć poczucie, że trzymasz rękę na pulsie rzeczywistości. Że wiesz, dokąd o wszystko zmierza. Że nie zostajesz w tyle. I nagle orientujesz się, że minęło ileś czasu – a ty nadal siedzisz, wpatrzona jak w ekran jakiegoś równoległego świata. Tak, wczoraj odbyło się pierwsze czytanie ustawy o AOON, o którym aktualnie całe nasze środowisko mówi.
Bo na tej (niezbyt przepełnionej) sali zadziało się znów coś, co z prawdziwym życiem nie ma wiele wspólnego. Głos jest podniesiony. Słowa są wielkie. Deklaracje pewne siebie. I tylko jedno nie pasuje: brak treści, brak konkretu, brak odpowiedzialności. Tam, gdzie powinny stać twarde fakty – słychać tylko echo. Tam, gdzie powinien być plan – jest pustka. I nagle czujesz, że patrzysz na coś, co bardziej przypomina inscenizację niż proces decyzyjny. I zaczyna w człowieku narastać jedna myśl: czy oni wiedzą, o czym mówią? Czy choć przez chwilę dotknęli tej rzeczywistości, która zaczyna się tuż za drzwiami ich gabinetów?
Wczoraj – przy ustawie o AOON – ta przepaść była niemal namacalna. To nie była symboliczna różnica. To była wyrwa. Bo przecież każdy, kto przez lata oglądał protesty, zbiórki, dramaty rodzin, każdy, kto widział matki nieśpiące miesiącami, ojców zrezygnowanych do szpiku kości, ludzi, którzy chcieli żyć, ale nie mieli jak – każdy chce wierzyć, że to wreszcie ten dzień. Że to ten moment. Że to ta zmiana, na którą czekano.
Ale im dłużej płyną te słowa, im większy rozmach towarzyszy tym deklaracjom, tym wyraźniej słychać pustkę. Bo te słowa nie mają fundamentu. Nie mają ramy. Nie mają zaczepienia. One unoszą się jak dym i rozpływają w powietrzu. Bo przełom bez systemu nie jest przełomem.
I wtedy znowu wraca ten refren – koszty, budżet, obciążenia. W tonie, który brzmi tak, jakby godność człowieka była luksusem. Jakby prawo do normalnego życia wymagało jakiegoś specjalnego usprawiedliwienia. Jakby rodzina, która od lat żyje w trybie 24/7, była pozycją do dyskusji, a nie oczywistym obowiązkiem państwa. Tymczasem świat działa prosto. Kiedy człowiek dostaje wsparcie – może pracować, uczyć się, żyć. Kiedy rodzina odzyskuje oddech – wraca z czasem do rynku, do aktywności, do podatków, do normalności. To nie jest ciężar. To nie jest opłata. To jest inwestycja w potencjał, zasób, energię społeczeństwa. I fakt, że wciąż mówi się o tym z miną księgowego liczącego straty, a nie wizjonera widzącego rozwój – jest smutnym świadectwem tego, jak bardzo narracja oderwała się od faktów.
Ale najbardziej porażające było to, czego w tej ustawie po prostu nie ma. Bo cały system powinien zaczynać się od tego pytania: co dalej? Człowiek dostanie decyzję – i co? Gdzie idzie? Kto go prowadzi? Jak wygląda pierwszy dzień, pierwszy kontakt, pierwsza godzina? Gdzie jest mapa? Gdzie jest ścieżka? Gdzie jest system, który przejmie człowieka za rękę i poprowadzi? Tam jest tylko luka. Ogromna. Groźna. Luka, w którą można wpaść i zniknąć. A w realnym życiu taka luka nie jest metaforą. Ona staje się dramatem. Ona staje się kolejnymi zamkniętymi drzwiami. Kolejną ścianą, która odbiera nadzieję, a daje tylko zmęczenie.
A finansowanie? To nie jest drobny szczegół. To nie jest system. To nie jest partnerstwo. To jest przerzucenie ryzyka na tych, którzy mają najmniej. Tyle że tu nie chodzi o teorię. Tu chodzi o życie. O realne godziny pracy. O wynagrodzenia, które muszą być wypłacone. O ludzi, którzy nie mogą czekać w próżni.
I jeszcze jedna prawda, którą wciąż próbuje się przemilczeć: asystencja to nie jakaś tam drobna pomoc. To nie „życzliwa dłoń”. To ingerencja w życie. W intymność. W codzienność człowieka. To zawód. To odpowiedzialność. To wymaga standardów, szkoleń, wsparcia, nadzoru. A w tej ustawie – tych elementów po prostu nie ma. Jakby ktoś zakładał, że system powstanie z powietrza. Że kompetencje spadną z nieba. Że ludzie „jakoś sobie poradzą”. Ale w przestrzeni tak delikatnej jak czyjeś życie nie ma miejsca na „jakoś”. Tu musi być dokładnie. Bezpiecznie. Profesjonalnie.
Ta ustawa dotyka ludzi, którzy już nie mają sił na kolejne złudzenia. Na kolejne obietnice. Na kolejne „poczekajmy”. Bo życie tych ludzi nie ma pauzy. Nie ma przerwy reklamowej. Nie ma sezonu drugiego. Ono trwa. I każdy dzień bez realnych rozwiązań jest dniem straconym. Dniem, którego nikt nie odda.
A prawda jest brutalnie prosta!
Asystencja to nie slogan.
To narzędzie, dzięki któremu człowiek może żyć.
Normalnie. Samodzielnie. Godnie.
Jeśli chcemy zmiany – prawdziwej zmiany – musimy zacząć od systemu, który działa. Od ram, które są stabilne. Od finansowania, które jest pewne. Od ludzi, którzy są przygotowani. Od odpowiedzialności, która jest jasna. Bo słowa nie podniosą człowieka z łóżka. Deklaracje nie dadzą mu pomocy. Patos nie odciąży rodziny, która od miesięcy żyje na granicy wytrzymałości. A jeśli znowu zabraknie działania – zostanie to, co zostaje zawsze: człowiek.
I samotność.
A na to – naprawdę – nie ma już ani dnia więcej.
Teraz temat asystencji trafia do Komisji Sejmowej. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się finalnie wprowadzić właściwe poprawki. Przecież mamy dwa projekty, żaden idealny. Ale być może uda się stworzyć coś, co już widocznie bliżej tego ideału będzie.
Sprawdź: asystencjaosobista.org
Dołącz: grupa Ważna Asystencja