Nie jest tak, że moja sytuacja jest trudniejsza niż Twoja. Każdy z nas ma prawo do odczuwania trudu na swój sposób.
W rodzicielstwie dzieci z niepełnosprawnościami łatwo wpaść w pułapkę porównań. To nie dlatego, że chcemy się prześcigać w cierpieniu. To dlatego, że nosimy ogromne emocje — złość, żal, zmęczenie, poczucie niesprawiedliwości. A świat zewnętrzny zbyt rzadko je widzi. Więc czasem próbujemy pokazać sobie nawzajem, jak bardzo mamy „pod górkę”. Porównujemy diagnozy. Liczbę godzin terapii. Ilość nieprzespanych nocy. Rzucamy w powietrze zdania, które nie miały zabrzmieć oceniająco, a jednak ranią:
„Ty masz dobrze, Twoje dziecko chodzi.”
„U Was to tylko intelekt, a ja mam też sprzęt medyczny i karmienie przez PEG.”
„Co Ty możesz wiedzieć o zmęczeniu, skoro Twoje dziecko funkcjonuje samodzielnie?”
I choć może wypowiadamy to z frustracji, nieświadomie – to te słowa dzielą. A nie budują.
Zamiast wspólnoty – tworzy się mur. A przecież nikt z nas nie chce być samotny w swoim trudzie.
Trud jest prawdziwy — nawet jeśli wygląda inaczej niż Twój. Nie istnieje obiektywna skala cierpienia. Nie ma jednego wzorca: co jeszcze „wolno” nazwać trudnym, a co już nie zasługuje na współczucie.
Bo co powiesz mamie, której dziecko ma spektrum autyzmu, nie mówi i codziennie wpada w agresję?
Co powiesz ojcu, który śpi z jednym okiem otwartym, bo jego syn ma ataki epilepsji nocnej?
Co powiesz rodzicowi dziecka z niewidoczną niepełnosprawnością, którego system edukacji nieustannie zbywa słowami „on jest po prostu niegrzeczny”?
Co powiesz mamie, której dziecko od trzech lat nie dostało się do żadnej placówki?
Każde z tych doświadczeń boli. Każde niesie samotność, żal i ogromne obciążenie psychiczne. I każde jest ważne. To, że ktoś inny cierpi, nie odbiera Tobie prawa do Twoich emocji. Nie ma tu rankingu. Żadne z nas nie musi wygrywać w kategorii „najtrudniejsza sytuacja”.
Dlaczego się porównujemy? Bo brakuje nam uznania.
Zadajmy sobie uczciwie pytanie: Dlaczego tak często porównujemy się z innymi rodzicami? Dlaczego czasem próbujemy „udowodnić”, że mamy trudniej?
Bo chcemy być zauważeni.
Bo mamy dość bycia pomijanymi, ignorowanymi przez system.
Bo nikt nie widzi tego, jak każdego dnia przekraczamy siebie.
I kiedy już spotkamy kogoś, kto też ma „specjalne dziecko” – marzymy o zrozumieniu. Ale zamiast spotkania, czasem natrafiamy na mur: „Ty nie masz pojęcia, co ja przeżywam”.
Tymczasem wszyscy nosimy swoje historie. I każdy z nas potrzebuje usłyszeć: „Widzę Cię”.
Empatia nie zna hierarchii. Albo się w nią wchodzi — albo nie.
Nie musisz mieć identycznego doświadczenia, żeby być empatyczny. Nie musisz wiedzieć, jak to jest mieć dziecko w spektrum, żeby wesprzeć rodzica takiego dziecka. Nie musisz znać życia z dzieckiem leżącym, żeby uszanować codzienność mamy, która nie może iść z wózkiem po mieście bez barier.
Wystarczy jedno: uznać, że ktoś może cierpieć inaczej niż Ty — i że to też się liczy.
Prawdziwa empatia nie pyta: „Kto ma gorzej?” Prawdziwa empatia mówi: „Nie wiem, jak się czujesz, ale jestem przy Tobie. Masz prawo czuć się zmęczony. Masz prawo płakać. Masz prawo się bać.”
Zamieńmy licytację na wspólnotę!
Wyobraź sobie, że zamiast porównywać, zaczniemy słuchać się z otwartością. Zamiast mówić: „Mi też jest ciężko”, powiemy: „Opowiedz, co u Ciebie. Jak Ci w tym wszystkim?” Zamiast oceniać, co „prawdziwie trudne”, zaczniemy zauważać i współczuć — nie z góry, nie z dołu, tylko z boku. Jak równy z równym.
Tylko wtedy powstaje wspólnota. Taka, która niesie, zamiast dołować.
Taka, która koi, zamiast wprowadzać poczucie winy lub zawstydzenie.
Bo prawda jest taka: wszyscy jesteśmy zmęczeni. I wszyscy potrzebujemy więcej łagodności. Dla siebie nawzajem.
Masz prawo do swojego trudu. Nawet jeśli nikt go nie rozumie w pełni.
Nie umniejszaj sobie tylko dlatego, że inni mają inaczej. Nie odmawiaj sobie wsparcia tylko dlatego, że nie jesteś „w najgorszej sytuacji”. Nie czekaj, aż ktoś da Ci prawo do odpoczynku, łez, frustracji. To prawo już masz. Bo jesteś człowiekiem. Bo jesteś rodzicem. Bo jesteś w tej drodze każdego dnia – najlepiej, jak potrafisz.
Na koniec – pytanie dla nas wszystkich:
Co by się zmieniło, gdybyśmy spojrzeli na siebie nie jak na konkurencję, ale jak na sojuszników?
Co by się zmieniło, gdybyśmy przestali licytować się na trud, a zaczęli budować przestrzeń, w której każdy głos, każda historia, każde doświadczenie jest ważne?
Nie musimy się porównywać. Wystarczy, że się zobaczymy. Że damy sobie nawzajem trochę czułości. Trochę uznania. Trochę ciszy, w której można po prostu… być.
Wspólne działanie ma sens, bo wtedy jest większy nacisk na wdrażanie zmian. Bez jednego frontu nie będzie polepszenia sytuacji osób z niepełnosprawnościami i ich wspierających rodzin. Należy zadbać o odpowiednią komunikację między organizacjami. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie coś osiągnąć.